Bractwo Himawanti – Walka z agresywnymi pedofilami i faszystami


Media pomijają istotne fakty o Bractwie Himawanti

Ogromnie to dziwi, jak dziennikarze, rzekomo „śledczy”, tyle bredni, kłamstw i oszczerstw piszący, pomijają wiele istotnych faktów na temat Bractwa Himawanti, takich jak fakt, że naukę i praktykę Bractwa Himawanti ściągnęła do Polski jeszcze latach dwudziestolecia międzywojennego wspaniała mistrzyni duchowa Śri Umadewi Wanda Dynowska, a w czasach PRL przesyłała w ramach Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej tysiące egzemplarzy książek, tytułów które sama tłumaczyła z języków oryginalnych. O tym, że popularne dzieło „Nauka i Życie Mistrzów Dalekiego Wschodu” Bairda Spaldinga także pochodzi od adepta Bractwa Himawanti, tyle, że z USA, także nie ma słowa. Reaktywowanie działalności Bractwa Himawanti w Polsce w styczniu 1983 roku także ci żałośni dziennikarze i cyngle zwykle pomijają, a to są istotne fakty, bo dzięki temu wiadomo, że od stycznia 1983 roku wiele osób miało szansę należeć do Bractwa Himawanti. Pomija się zwykle wszystkich Guru i Mistrzów Linii Przekazu Himawanti, a wspomina tylko Mohana Matuszewskiego, chociaż są dobrze znani w indyjskiej duchowości i tradycji kulturowej, a także w Polsce. Fakt nauczania przez Bractwo Himawanti starożytnych, tradycyjnych wedyjskich wzorców kultury i duchowości Indoariów także zbywany bywa milczeniem, chociaż wedyjska aryjskość i stare prawa oraz obyczaje Aryan, tych z Indii, w tym Doliny Indusu, bywają czasem rzeczywiście kontrowersyjne dla współczesnych maminsynków i łacińskich religiantów.

Bożena Matejko Rewald z domu Pikucińska - Bydgoszcz

Bożena Matejko Rewald z domu Pikucińska – Bydgoszcz

Agresywne ataki pedofilskiej mafii z Bydgoszczy kierowanej przez burdelmamę Bożenę Matejko Rewald z domu Pikucińską było mocno nagłaśnianie nawet przez dziennikarzy pedofilów z Bydgoszczy i jak dotąd nie zostały jeszcze surowo ukarane, a ona sam jak i jej zwyrodniali kumple od gwałcenia dzieci i prowadzenia pedofilskich burdeli oraz sprzedaży dzieci w celach seksualnych nie zostali jeszcze ukarani. Szefowej sieci pedofilskich burdeli z Bydgoszczy nie podobała się działalność Bractwa Himawanti w postaci pomagania ofiarom jej klientów czyli zgwałconym brutalnie dzieciom, stąd jej ataki na Bractwo Himawanti w Bydgoszczy w latach 2003-2005. Jednakże najbardziej pomijane są liczne społeczne działalności Bractwa Himawanti jak apele i wystąpienia w obronie wolności i praw człowieka, ujawnianie pedofilii kleru katolickiego i trochę protestanckiego czy szeroka działalność Antypedofilskiego Bractwa Himawanti w dziedzinie terapii dla ofiar księży pedofilów i zakonnic pedofilek. Temat antypedofilskiej działalności Bractwa Himawanti, w tym terapii średnio rocznie dla od 800 do 1200 ofiar molestowanych lub zgwałconych przez księży, biskupów, mnichów oraz zakonnice jakoś nie został wyśledzony i wypromowany przez wykształconych w SB speców od dziennikarstwa śledczego, co wydaje się bardzo dziwne, tym bardziej, że można o tym przeczytać w wielu publikacjach Bractwa Himawanti, w tym na stronach internetowych, których jest kilkadziesiąt, a nie tylko jedna, jak twierdzą niedouczeni widać w śledzeniu z pomocą Googla dziennikarze. Może oprócz opisanych już ekscesów i sekswpadek, dziennikarzy owych łączy jeszcze zamiłowanie do pedofilii o czym przynajmniej oficjalnie nie jest nam zbyt wiele wiadomo? 

Warto się przyjrzeć bliżej niektórym patologicznie zakłamanym hipokrytom, którzy wypowiadają się publicznie o Antypedofilskim Bractwie Himawanti, a nic oprócz własnych wymysłów nie potrafią jakoś powiedzieć. Można domniemywać, że bujna wyobraźnia na temat Bractwa to skutek picia wina mszalnego albo palenia jakiś ziół, o których wspominała Dorota Rabczewska Doda napastowana przez paranoika Ryszarda Nowaka ze Szklarskiej Poręby, tego co się leczył psychiatrycznie z psychozy paranoicznej a powodowanej alkoholizmem, ale któremu sąd uznał argumenty, że jego uczucia religijne są rodzajem urojeń za które Doda miała zapłacić jakąś grzywnę na rzecz sądu, pewnie też najaranego.

Jakoś nazistowskie media tyle głupot napisały o Himawanti, ale nad strasznym losem tysięcy dzieci molestowanych w Polsce przez księży katolickich jakoś się nie pochyliły. Los ofiar kościoła nigdy nie interesował ani duchowieństwa ani wyznawców sekty, która widać po 1700 latach istnienia ciągle jest nazistowsko-inkwizycyjna, bezduszna, bezlitosna, nie zna współczucia dla cierpiących ani miłości do bliźniego swego przez kościelnych dygnitarzy zgwałconego. A jest tych ofiar kilkaset rocznie, to przez 30 lat uzbierało się kilkanaście tysięcy, nie licząc ich bliskich i wielu terapeutów. Joga medytacyjna czyni cuda w dziedzinie leczenia traumy i bolesnych wspomnień.

Nawet na wordpress znajdują się jajogłowe, faszystowskie kreatury wypuszczone z domu wariatów na przepustki, które jak astromaria czy zenobiusz psychopatycznie i urojeniowo znieważają, oczerniają i krzywdzą tysiące ofiar gwałtu, molestowania i wykorzystywania seksualnego jakie stowarzyszone są w Antypedofilskim Bractwie Himawanti. Tylko skrajny nazizm watykański, inkwizycyjny obłęd oraz pedofilskie zboczenie seksualne mogą prowadzić do takich okrutnych i prymitywnych wynaturzeń jakie popełnia zbrodniarz zenobiusz czy zbrodniarka astromaria na swych blogach. Nie wnoszą nic, jedynie własną katolicką, inkwizycyjną i faszystowską głupotę oraz dowodzą, że opluwając ofiary sami są seksualnymi zboczeńcami i bezmózgimi gwałcicielami dzieci oraz niemowląt. To nie dziwi, skoro te same brednie i wpisy można poczytać na portalu nazi-sekty Fronda czy na nazi portalu WP czyli Wszech-Polaków jak w zasadzie powinno się odczytywać oszczerczy dla ofiar pedofilów kościelnych portal Wirtualna Polska. Został założony, co się pamięta przez liderów Młodzieży Wszechpolskiej czyli jednej z faszystowskich organizacji nazistów papieskich.

Dr Paweł Załęski z UMK – szpieg Opus Dei w toruńskiej sekcie zielonoświątkowców

Pewien chętnie udzielający zidiocających ludziom mózgi wywiadów na temat Bractwa Himawanti specjalista z tajnej sekty Opus Dei, to doktor socjologi Paweł Załęcki, niby specjalista socjologiczny z jednej strony, z inne jeden z najaktywniejszych członków Kościoła Zielonoświątkowego w Toruniu, a z innej kolega supernumerariusza Opus Dei Adama Willma z Torunia, także pismaka i propagandzisty dla owego doktora robiącego za prasowego eksperta. Kościół Zielonoświątkowy jest oficjalnie na listach sekt potępianych przez katolickich działaczy, ale co się nie robi, żeby utrzymać dobrą posadkę na Uniwersytecie. Pozwala się człowiek zwerbować do faszystowskiej sekty Opus Dei, jest jej tajnym informatorem, tyle, że działacze Opus Dei, jak popiją wódki i wina, to tak jak inni ludzie chlapią jęzorami o swoich osiągnięciach, chociaż powinni trzymać język za zębami. A że Antypedofilskie Bractwo Himawanti ma w Toruniu kilka klubów, a także jest kilka sekcji aikido i aiki-jutsu przez uczniów Mohana Matuszewskiego prowadzonych, to informacje o doktorku raczącym studentów prymitywnymi bzdetami i robiącym sieczkę z młodych mózgów szybko docierają do ludzi. Tym bardziej, że na roku trafiają się i studenci będący członkami Bractwa. I słuchają co doktorek Załęski opowiada i jak w przerwach werbuje studentów, a szczególnie bardziej cycate studentki do sekty zielonoświątkowej, której stronę w internecie prowadzi, co Google nawet odnotowało, chociaż swoje nazwisko raczył trochę schować, pewnie na jakiś czas.

W latach 1993 – 1996 Paweł Załęcki dał się poznać jako namiętny agitator, chodził po sekcjach prowadzonych przez Shihana Mohana Matuszewskiego oraz jego uczniów i próbował agitować złośliwie przeciwko sztukom walki wyzywając japońskie sztuki walki od „dzieł szatana”, „uzależniającego zła” i innymi nieprzyzwoitymi epitetami jezusawymi. Próbował też zespołowo z innymi opusdeistami usunąć zajęcia medytacyjne i terapeutyczne Mistrza Mohana Matuszewskiego z jednej z instytucji przy ulicy Mickiewicza, gdzie Bractwo do dzisiaj wynajmuje sale na zajęcia i łykendowe warsztaty medytacyjne oraz terapeutyczne. Niestety zabiegi się nie udały, a zajęcia liderzy Bractwa prowadzą w Toruniu aż po dzień dzisiejszy. Wyglądał już wtedy na porąbanego, chociaż wesołkowatego nawracacza i agitatora ideologicznego. To są tacy, którym tytuł naukowy jest potrzebny jedynie do tego, aby naiwnym ludziom o niskim ilorazie inteligencji imponować i robić tak zwane pranie mózgu. Jak ktoś tak ideologicznie otumaniony przez sekciarską ideologię zielonoświątkowców może wykładać socjologię w sposób obiektywny trudno powiedzieć, ale jak może kolaborować i donosić na swój kościół do papieskiej Opus Dei, to zapewne podejmie się każdej innej niegodziwości. O tym, że lubi zaglądać do kieliszka i butelki z ulubioną żytnią, wiedzą jego studenci, którzy zawsze na zaliczenie u pana doktora muszą coś postawić, a także ci, co czasem siadając w pierwszej ławce na zajęciach nie lubią jednak ostrej woni alkoholu. Obłuda i zakłamanie prowadzą do alkoholizmu. Nie można długo żyć w hubris (hipokryzji).

Paweł Załęcki chciał zrobić na Antypedofilskim Bractwie Himawanti doktorat, ale mu nie wyszło, bo pod koniec lat 90-tych na jego pisemnie kierowane do Bractwa żądania wydania materiałów na temat „działalności sekty Himawanti” w Polsce dostawał odpowiedzi, że ma sobie „badać sektę swojego pedofilskiego fiuta i swoich pedofilskich współwyznawców”. Pewnie odpowiedzi z sekretariatu Bractwa na jego wyjątkowo chamskie i oczerniające nas brutalnie roszczenia tego buraka zielonoświątkowego pracującego dla Opus Dei trochę wnerwiły. Ci socjolodzy są tak infantylni, że myślą, że jak kogoś wyzwą od sekty, to będą jeszcze badać mogli rozmaitymi ankietami. W Bractwie Himawanti też są socjolodzy i wiedzą na czym te sztuczki badawcze inkwizytorów i oszołomów z tytułami polegają, jak ustawiane są i interpretowane pod z góry założone wyniki pytania rozmaitych ankiet i podobne hochsztaplerstwa za które na rzekomą ‚naukę’ płacą podatnicy.

Dobrze, że nie wszyscy naukowcy to skończone kreatury związane z niebezpiecznymi, ludobójczymi sektami faszystowskimi pokroju Opus Dei. Ale widać taką niemoralną cenę obłudy i hipokryzji (grzech hubris) płaci zielonoświątkowiec Paweł Załęcki w Polsce za to, aby jako jeden z nielicznych innowierców mógł jeszcze pracować na Uniwersytecie, gdzie główną ‚nauką’ jest naukancka teologia katolicka. Opłacana jako pseudonauka niestety z pieniędzy wszystkich podatników, w tym ateistów, agnostyków, innowierców. Rację ma jeden z liderów indyjskich terapii i medytacji, Rajnesh Osho że „chrześcijaństwo to najbardziej śmiertelna trucizna”.

Były eSBek Wojciech Czuchnowski ks. „Cyngiel” w Gazecie Wyborczej 

Warto nadmienić, że podobnie bujny życiorys co Cezary Gmyz ma jego opusdeistyczny kumpel, przezwany przez internautów „Cynglem” Gazety Wyborczej, Wojciech Czuchnowski piszący aktualnie w „Gazecie Wyborczej”, czyli w tej samej spółce Agora SA tylko w innym tytule prasowym niż „Rzeczpospolita”. Wydawca tych jak widać brukowych i łżących co niemiara gazetek politologicznych jest ten sam. Jedynie staż pracy dla dawnej Służby Bezpieczeństwa PRL jest u Wojciecha Czuchnowskiego ksywa „Cyngiel” nieco dłuższy, wszak, żyje nieco dłużej, ale żal o brak pozytywnej weryfikacji do pracy w UOP może być w związku z tym nawet nieco większy niż u Cezarego Gmyza, a ściślej o trzy lata dłuższy. Zasługi w rozpracowywaniu środowisk wydawnictw niezależnych w Krakowie, takich jak Arka, Tumult czy Świat są niewątpliwe i dobrze przez Służbę Bezpieczeństwa PRL docenione, zatem dziwi zdanie opinii fachowców z ABW, że nie ma on pojęcia o pracy operacyjnej służb specjalnych. Może rzeczywiście inni kandydaci po prostu byli znacznie lepsi do takiej służby od Wojtka Czuchnowskiego, ksywa „Cyngiel”. Ciekawe, czy żonie i trójce swoich dzieci opowiedział w jakich okolicznościach dał się zwerbować do współpracy i potem do pracy w Służbie Bezpieczeństwa na etacie niejawnym, co także trwało aż do 1993 roku, kiedy specsłużby rozwiodły się Wojtkiem Czuchnowskim. Niestety, werbujący Wojtka oficer SB z Krakowa już zmarł, to za bardzo nic nam już nie opowie, a w treści z seansów spirytystycznych zbytnio nie wierzymy, chyba, że potwierdzą je jakieś konkretne dowody. Żyją jeszcze za to nie całkiem święte panie prostytutki z których usług korzystał ochoczo, a że babcia SB spłaciła za Czuchnowskiego jego długi u prostytutek oraz karciane, to i musiał służyć Ojczyźnie.

Wojtek Czuchnowski był jednak na pogrzebie i złożył swojemu mentorowi z eSBe bukiet kwiatów. Jest to niewątpliwie wielka blizna na życiorysie naszego agenta i funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa PRL, któremu na osłodę dano za Jerzego Buzka popracować trochę w MSWiA. Studia filmoznawstwa przerwał na V roku, bo mu Służba Bezpieczeństwa dała inny przydział pracy niż inwigilowanie środowisk studenckich, akademickich i organizacji opozycyjnych na Uniwersytecie Jagielońskim. Zwerbowany do SB już na pierwszym semestrze studiów filmoznawstwa na UJ w Krakowie. Cóż robić po latach tajemnej bardziej niż okultyzm pracy w jakimś SB czy UOP-ie. Najlepiej zostać dziennikarską mendą śledczą i politrukiem w jakimś dobrze płacącym szmatławcu brukowym. Tym bardziej jak się ma wprawę, bo w latach 1990-1993 inwigilowało się dziennikarzy „Czasu Krakowskiego”, a zarabiało podwójnie, z kasy redakcji i z kasy SB/UOP. Może jednak, aby być dziennikarzem śledczym i cynglem gazetowym, trzeba sobie zadbać, żeby za dużo świństw nie widniało w czarnym jak smoła od intryg i plugastw życiorysie?

Cezary Gmyz – Utajniona kariera eSBeka

Cezary Gmyz to formalnie wyznawca jednej z niewielkich w Polsce sekt stowarzyszonych z katolicyzmem, wyznawca sekty o nazwie Kościół ewangelicko-augsburski czyli luteranin tak jak Jerzy Buzek, znany z wydymania Narodu Polskiego ustawą o funduszach emerytalnych, która wyprowadza pieniądze z ZUS, aby bogaci aktywiści z sekty Opus Dei mogli sobie grać kaską z OFE na giełdach. Jest to tajemnicą poliszynela, że wszystkimi OFE trzęsie nazistowska sekta Opus Dei, która z OFE uczyniła sobie łatwy żer, żerując na biedzie emerytów i rencistów w Polsce. Cezary Gmyz jest członkiem Synodu Kościoła ewangelicko-augsburskiego diecezji warszawskiej i formalnie udziela się w strukturach rady ekumenicznej wiążącej z Kościołem katolickim kilka odstępczych i heretyckich wedle nauk papieskich sekt tzw. „braci odłączonych”. Luteranie jak wiadomo w historii ochoczo udzielali się w inkwizycyjnym zbójcowaniu, paleniu żywcem osób podejrzanych o czarownictwo, okultyzm czy inne niż własna herezje. Przy okazji Cezary Gmyz pomaga neohitlerowskiej fundacji niemieckiej odzyskiwać mienie i ziemie dawnych hitlerowców, nazistów i gestapowców, którzy musieli wynosić się z Polski po przegraniu II wojny światowej.

Cezary Gmyz - Kolaborant i agent komunistycznej służby bezpieczeństwa

Cezary Gmyz – Kolaborant i agent komunistycznej służby bezpieczeństwa

W czasie drugiej wojny światowej sekta ewangelicko-augsburska była najbardziej spolegliwa z reżimem hitlerowskim w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Członkowie sekty luterskiej zajmowali prominentne stanowiska w SS oraz gestapo, jako druga opcja chrześcijańska po katolikach watykańskich stanowiących trzon gestapo i SS włącznie z katolikiem Adolfem Hitlerem. Wielu wyznawców sekty zwącej się szumnie Kościołem ewangelicko-augsburskim zostało w Norymberdze skazanych na surowe kary za zbrodnie przeciwko ludzkości. W takiej sekcie, po same uszy, rzekomo jako gorliwy wyznawca tkwi dziennikarz sekciarskiej gazety o nazwie Rzeczpospolita. Niewątpliwie, nie z powodu bratniej miłości skrajnie katolicko-faszystowskiej sekty Fronda i kolaborującej ochoczo z nazistami sekty ewangelicko-augsburskiej, ale z powodu przynależności do tajnej organizacji bojówkarskiej czyli do sekty Opus Dei, organizacji łączącej pod patronatem papieża i Watykanu wszystkie kolaborujące z reżimami Franco, Hitlera, Salazara, Tisso czy Pavelica odłamy nazistowskich chrześcijan. Jest to bardzo ważny powód pokazujący skąd taka nienawiść Cezarego Gmyza, taka faszystowska mowa nienawiści do pokojowego ruchu ABH ujawniającego chrześcijańskie skandale pedofilskie oraz wpływy faszystów i nazistów w organizacjach rzekomo religijnych czy politycznych.

Antypedofilskie Bractwo Himawanti demaskuje pedofilię kleru, faszyzm, nazizm, zbrodnie inkwizycji, także homoseksualizm księży, biskupów i zakonnic. Cezary Gmyz należy niewątpliwie do bandy inkwizytorów i to o podwójnej roli czy podwójnej, agenturalnej działalności. Wszak będąc członkiem Synodu Kościoła ewangelicko-augsburskiego, jednocześnie jest szpiclem, szpiegiem watykańskiej bezpieki katolickiej z ramienia sekty Opus Dei. Pisze zatem regularne donosy na swój macierzysty kościół luterski do watykańskiej bezpieki, bo tak mu regulamin przynależności do sekty Opus Dei nakazuje. Raz w tygodniu musi napisać szczegółowy raport ze wszystkiego co robił, o czym rozmawiał i z kim się zadawał do swoich przełożonych w kwaterze głównej faszystowskiej sekty Opus Dei, założonej jak wiadomo przez schizofrenika, który po roku leczenia psychiatrycznego uciekł z hiszpańskiego wariatkowa i założył sektę Opus Dei, a nazywał się Josemario Escriva. Papież Karol Wojtyła JP2 cały swój pontyfikat oparł na tej niebezpiecznej sekcie faszystów znanej jako Opus Dei, która go zresztą papieżem uczyniła i której oddał całą władzę nad katolickim kościołem, który zaczął przez to dryfować na zgubne manowce.

Zrozumieć Cezarego Gmyza można w kontekście jego młodocianej, studenckiej działalności, gdzie dzieciak urodzony w 1967 roku rozpoczyna studia w 1986 roku i od razu podpisuje deklarację o współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Warszawska delegatura Służby Bezpieczeństwa nie miała problemu ze zwerbowaniem młodego agenta w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Jak wielu wiceprzewodniczących NZS w Polsce był kontrolowaną przez Służbę Bezpieczeństwa PRL wtyką w strukturach Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Taką ono miało niezależność jaką babcia dzisiejszej ABW rodem z PRL, Służba Bezpieczeństwa PRL tolerowała, taką niezawisłość miał NZS, jaką agenci polskiego SB, nieprzychylni i szukający jak największej niezależności od Moskwy, przydzielili poprzez sieć swoich agentów, zwykle zastępców czyli lokalnych wiceprzewodniczących, chociaż czasami także przewodniczących. Trzeba pamiętać, że pracę każdej wtyki SB kontrolowała poprzez jedną lub dwie inne wtyczki, zatem w takich zarządach zwykle były dwie wtyczki, co na trzy osobowy zarząd dawało stałą przewagę decyzyjną Bezpiece PRL. Trwało odgórnie zarządzone, eksperymentalne rozmontowywanie systemu moskiewskiego w końcu uwieńczone samolikwidacją ZSRR, którego funkcjonariusze tak samo jak w PRL bardziej marzyli o karierach miliarderów niźli o karierach zasłużonych strażników stalinizmu na którym PRL w zasadzie powstało.

Niestety raporty do babuni eSBecji Cezary Gmyz musiał pisać tylko raz w miesiącu, a to jest cztery razy rzadziej niźli aktualnie na swój synod luterski i kumpli z redakcji „Rzepy” pisze do watykańskiej bezpieki sekty Opus Dei. Już po 2 latach, za wstawiennictwem eSBeckiej części rodziny nasz bohater narodowy, naziolski supernumerari OD Cezary Gmyz dostał etat funkcjonariusza SB z klauzulą tajności, jak to się mówi, praca studenta pod przykryciem, a dzięki temu środowiska teatralne i NZS-owskie były dobrze rozpracowane, inwigilowane, a nawet nadzorowane przez wzorową pracę młodego agenta zwerbowanego do Służby Bezpieczeństwa PRL. Od 1990 roku inwigilował kolejne tytuły prasowe i telewizyjne, gdzie jako dziennikarz inwigilujący środowiska podejrzane wchodził z polecenia swoich szefów padającej już na pysk Służby Bezpieczeństwa powoli przekształcanej w UOP, matecznik dzisiejszej ABW. Żona i dwoje dzieci pewnie nie wiedzą, gdzie pracował ich tatuś, Cezary Gmyz, ale może lepiej niech się dowiedzą skąd miał pieniądze, ale tylko do roku 1993, który to był jakoś krytyczny w karierze młodego funkcjonariusza eSBecji zdobytego metodą werbowania agentów poprzez TW.

Zwerbować Cezarego Gmyza jako TW było łatwo – jak twierdzi jego ówczesny oficer prowadzący, dziś emerytowany i wiekowy J.B., – na tak zwane „skłonności”. Agent otóż uczestniczył w imprezce „barabara”, tyle, że dla rozrywki, w jednym z nieformalnych gejowskich klubów stolicy, gdzie w końcu pijany „w trzy dupy”, ładnie dawał rurę kolegom homosiom od kielicha, których teraz widać za to nie lubi i zwalcza w ramach Frondy. Strach przed ujawnieniem takich informacji rodzinie czy dziewczynie, a i współwyznawcom luterskim, z każdego łatwo czyni wstrętnego agenta nawet najbardziej znienawidzonego reżimu. W 1993 roku jednak „Firma” uznała, że „tajnos agentos Cesarus Gmyzus” nie jest dalej użyteczny ani potrzebny i wywaliła ze służby dla Ojczyzny, co oznaczało także utratę pokaźnej pensji członka korpusu SB/UOP. Nie do końca znamy przyczyny, ale z tego co wiadomo, nasz agencik był takim Czarusiem, który lubił kłócić się ze wszystkimi. Z kierownictwem Służb Specjalnych, SB, UOP czy ABW, jednak zwykle nie należy się kłócić i jest to normą we wszystkich służbach na świecie. Oni wymagają uległych i poddanych niewolników ślepo wykonujących wszelkie polecenia. Agenta jak widać zagospodarowała sekta Opus Dei, bo idzie mu już 20-lecie pracy w agenturze watykańsko-faszystowskiej Opus Dei. Jak to były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa PRL, Cezary Gmyz, w latach 2003-2007 robił karierę w Tygodniku „Wprost”. A potem już z nadania sekty Opus Dei, robi za śledczego od lipnych awantur w sekciarskim, frondowym, organie demagogii politycznej czyli w „Rzeczpospolitej” oraz w jeszcze bardziej bełkotliwym „Uważam Rze”.

Szczególnym zadaniem jakie spełnił Cezary Gmyz, agent eSBecji pracujący pod przykrywką młodego dziennikarza, była inwigilacja otoczenia papieża Jana Pawła II, o którym po pierwsze, pisał i publikował, nie tylko w gazetach ale i w TVP, a po drugie, pisał szczegółowe raporty na użytek Służby Bezpieczeństwa, a potem Urzędu Ochrony Państwa czyli UOP, spadkobiercy agentów i metod SB z czasów PRL. Praca ta, szczególne zadanie eSBeka Cezarego Gmyza trwało jednak tylko trzy lata… Z innej strony jednak dziwi takie dobre przeszkolenie agenta SB/UOP Cezarego Gmyza w dziedzinie zbierania informacji w tak licznych środowiskach jak inwigilowanie NZS czy papieża Jana Pawła II, a z drugiej takie wpadki jak nie przeprowadzenie rozmowy ani nawet jednej próby wywiadu z członkami Bractwa Himawanti czy samym zainteresowanym, Mohanem Ryszardem Matuszewskim. Wszak żyje jeszcze wielu członków Bractwa z lat 80-tych XX wieku w Polsce, żyje także i ćwiczy czynnie wielu adeptów Aikido i Aiki-Jutsu, którzy pod okiem Shihana Mohana Matuszewskiego zdobywało stopnie Kyu i Dan. Żyją i ćwiczą liczni koledzy i koleżanki Kazimierza Mordaszewskiego z sekcji w Toruniu, jak i z sekcji w Suwałkach czy Białymstoku. Cezary Gmyz mógł się dowiedzieć bardzo wiele o życiu i działalności Kazimierza Mordaszewkiego z lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Ale nie chciał się dowiedzieć, bo widać sam ma sporo więcej na sumieniu z tamtych lat, a grzebanie mogłoby i jego zbytnio odgrzebać, obnażyć i zadenuncjować, co nie zawsze jest wygodne byłym eSBekom.

Służby Informacyjne BZH jednak nie śpią i odgrzebały trochę z Cezarego Gmyza, nie tego co sobie sam o sobie napisał w ramach naziolskiej reklamy na Wikipedii, ale tego prawdziwego, znanego nawet za oceanem, w USA, z brzydkiej działalności i raczej dużo gorszej strony niż na podstawie autoreklamy w Wikipedii robionej z domowego komputera i z kompa w pracy w gazecie, którą sam sobie nasz Czaruś wyprodukował. O tym, że jako nastolatek, na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku, aktywnie chodził na wykłady do klubu kultury dalekowschodniej „Veda” we Wrocławiu, gdzie wcielał ideologię raczkującego w Polsce ruchu Hare Kryszna, stary Cezary Gmyz już nie pamięta, a może nie chce pamiętać, jednak liczni znajomi z tamtych lat bardzo dobrze pamiętają świeżo nawróconego do Kryszny małolata Czarka Gmyza.

Klub „Veda” we Wrocławiu działał pod patronatem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP), potocznie zwanego „Zsypem”, ale o tym Cezary Gmyz pewnie też nie chce, żeby mu za bardzo nachalnie przypominać. Jeszcze mu się tysiące powtórzeń mantry Hare Kryszna rano i wieczorem śnić będą, jak to sobie „Harekrysznował” za małolata. Było się Czarku nie podpisywać na wspólnej fotce grupowej z jakimś kolesiem w pomarańczowej szatce co przyjechał namawiać na mantrowanie w klubie „Veda”. Pamięta ciebie Czarku Gmyz nawet urocza dziewczyna, która zanim poszedłeś do szkoły teatralnej, prowadziła zajęcia dla kandydatów na aktorów, świeża absolwentka szkoły teatralnej, której nie zatrudnili w teatrze ani w filmie, to z braku zajęcia pracowała z dzieciakami szkół średnich, w tym z Tobą, żebyś jako tako wypadł w aktorskiej grze i coś tam wiedział o sztuce. Zdaniem swojej nauczycielki teatralnej, zdolny aktorsko to mały Cezary Gmyz nie był, ale granie do dzisiaj w agenturach dobrze go widać bawi i satysfakcjonuje.

I to wszystko, przy jak dotąd całkowitej ponoć poczytalności Cezarego Gmyza, chociaż awersja do niektórych pracowników ABW jak generał Krzysztof Bondarczyk, Kazimierz Mordaszewki czy do niektórych ruchów mniejszości światopoglądowych, społecznych i wyznaniowych jak Bractwo Himawanti, Kościół Moona czy Scjentologii, być może także wskazuje na konieczność przebadania się agenta Cezarego Gmyza u biegłych psychologów i psychiatrów sądowych celem zbadania czy to jest aby na pewno stan poczytalności, czy może już stan niepoczytalności albo coś z pogranicza, bo tak też bywa, a my psycholodzy i psychoterapeuci niosący pomoc ofiarom księży i biskupów pedofilów oraz zakonnic pedofilek akurat o tych stanach wiemy lepiej i dużo więcej niż przeciętny, nawet eSBecki dziennikarz, a terapia ofiar molestowanych przez księży pedofilów to akurat także bardzo wyspecjalizowany rodzaj psychoterapii i psychologii obejmującej sferę duchową i religijną człowieka, nie tylko zwyczajne metody radzenia sobie z traumą po urazach na plebaniach.

Mistrz Mohan Ryszard Matuszewski też wie, bo jeden rok swojego cennego życiorysu przepracował jako wolontariusz w hospicjum niosąc pomoc umierającym, a w latach 1981-1999 prowadził także dużo terapii w wielu poradniach i szpitalach psychiatrycznych oraz instytucjach terapeutycznych, w tym prowadząc terapie odwykowe dla alkoholików i uzależnionych od substancji narkotycznych, terapie dla ofiar przemocy domowej, a także szkoląc wielu psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów z zakresu nowoczesnych terapii i metod pracy z pacjentami uzależnionymi oraz chorymi psychicznie. Aktualnie, od roku 1999-2000 głównie szkoli nowych terapeutów, w tym prowadzących terapie dla ofiar księży pedofilów, bo tych przybywa, nie tylko w Polsce ale w całej Unii Europejskiej. Jak widać, Mohan Ryszard Matuszewski ma coś wspólnego z psychiatrią i pacjentami psychicznymi, jednak bardziej jako terapeuta i szkoleniowiec terapeutów niż jako pacjent, którego usilnie chcą z niego zrobić agenturalni eSBeccy kolesie typu Gmyz akuratnie zarabiający na chleb w wywiadzie watykańskiej Bezpieki znanej jako Opus Dei.

Agent Służby Bezpieczeństwa PRL Cezary Gmyz może mieć jakiś uraz za wywalenie go ze specsłużby takiej jak SB/UOP, gdzie rodzina z Wrocławia robiła życiowe kariery. Agentom wywalonym z „takiej roboty” i pozbawionym nagle nadziei na szybką emeryturkę, nie tylko w Polsce „szajba bije na dekiel”, nawet jak jest to tylko „szajba”, która nie ma jeszcze wyraźnych cech psychotycznych wskazujących na niepoczytalność sprawcy artykułów w których wypisywane są przez Cezarego Gmyza brednie, pomówienia, urojenia i halucynacje nie tylko na temat Himawanti czy Shihan Mohandżi. Artykuł Cezarego Gmyza pomawiający jego kumpla, współautora pewnego wywiadu o plagiat, świadczy o silnie urojeniowym i ksobnym interpretowaniu rzeczywistości, co też mogło stać za nieprzydatnością naszego Czarusia do dalszej służby w SB i w jej dziecku, Urzędzie Ochrony Państwa (UOP) – jako „psychicznego”. Praca w agenturze faszystowskiej sekty Opus Dei nie dziwi, bo skoro sam Josemario Escriva był schizofrenikiem bezskutecznie leczonym psychiatrycznie przez rok w zakładzie zamkniętym, to zapewne takich papiestwo ciągle potrzebuje do wspierania ich katolickich obłędów dogmatycznych (walka z zapłodnieniem in vitro, kondomami, aborcją zygot, odbudowa dominikańskiej inkwizycji i inne objawy paranoia catholica).

Pułkownik Kazimierz Mordaszewski, a Bractwo Himawanti i Mohan Ryszard Matuszewski 

W dniu 14 października 2012 dziennikarz sekciarskiej tuby sekty Fronda, dziennika Rzeczpospolita, Cezary Gmyz zaatakował Antypedofilskie Bractwo Himawanti oraz Mohana Ryszarda Matuszewskiego z powodu spodziewanej nominacji szefa biura prawnego Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Kazimierza Mordaszewskiego na stanowisko zastępcy i prawej ręki ABW generała Krzysztofa Bondaryka. Jak na dziennikarza sekty Fronda, przybudówki sekty Opus Dei przystało, ów pismak zapomniał porozmawiać z panem Mohanem Ryszardem Matuszewskim, co ma do powiedzenia w temacie swojego ucznia i adepta sztuk walki oraz medytacji i japońskiej jogi, Kazimierza Mordaszewskiego. W zamian Cezary Gmyz wypisuje typowy już i oklepany w mediach obrońców księży pedofilów i byłych acz szukających „zapunktowania” w kościele eSBeków stek zmyślonych bzdur i kłamstw politologicznych na temat Antypedofilskiego Bractwa Himawanti oraz szefa naszych terapeutów Mohana Ryszarda Matuszewskiego. Warto nie tylko sprostować brednie na temat Antypedofilskiego Bractwa ale warto także przyjrzeć się mrocznej postaci Cezarego Gmyza, który usilnie atakuje prokościelną i powiązaną interesami członków sekty Opus Dei Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Momentami, w publikacjach Cezarego Gmyza większa nienawiść przebija do ABW niż do Bractwa Himawanti czy Mohandżi.

Nie ulega wątpliwości, że Kazimierz Mordaszewski przez wiele lat ćwiczył w Toruniu w sekcjach Aikido i bardziej wojskowego Aiki-Jutsu pod kierunkiem swojego trenera i mistrza sztuk walki, Shihana Mohana Ryszarda Matuszewskiego. Ćwiczył łagodne techniki samoobrony i kontrataku znane jako Aikido Mistrza Morihei Ueshiba i studiował także pilnie filozofię Omoto-Kyo, którą rozpowszechniał Mistrz Ueshiba Morihei. Kazimierz Mordaszewski ćwiczył pilnie także sztukę Aiki-Jutsu (czyt. Dżutsu), znacznie twardszą metodę walki, ataku i obrony, znaną z japońskich bitew i filmów. Kazimierz Mordaszewski w latach 80-tych XX wieku ćwiczył także sztukę walki kijem Jodo (Dżodo) oraz sztukę walki samurajskim mieczem, Ken-Jutsu oraz ulubioną przez Shihan Ryszarda Matuszewskiego Yari-Jutsu, walki lancą, piką, naginatą i podobnymi sprzętami. Kazimierz Mordaszewski ostatecznie otrzymał certyfikat tzw. Kirikami (dosł. cięcie bogów), co oznacza potwierdzenie zdolności bojowej Aikido i Aiki-jutsu na poziomie 1 i 2 Dan. Mohan Ryszard Matuszewski uczył tych sztuk włącznie z nielubianą przez nazistowskie sekty pokroju Fronda filozofią wschodnią oraz wiedzą o japońskiej kulturze i podstawach języka.

Kazimierz Mordaszewski szybko, bo już po roku treningu został jednym z licznych asystentów (sempai) w sekcjach Shihana Mohandżi Ryszarda Matuszewskiego, z czasem prowadził zajęcia, treningi, a także pomagał w prowadzeniu regularnych obozów szkoleniowych, trwających w wakacje zwykle dwa lub trzy tygodnie. W latach 80-tych XX wieku w samym Toruniu ćwiczyło u Mohana Ryszarda Matuszewskiego ponad 3 tysiące osób, głównie studentów, a zostanie asystentem, sempai’em, wcale nie było łatwo. Po zakończeniu studiów w Toruniu, Kazimierz Mordaszewski otworzył własną sekcję Aikido i Aiki-Jutsu, najpierw w Suwałkach, a potem w Białymstoku, gdzie kilka razy w roku organizował zapraszając do prowadzenia zajęć swojego Mistrza, Shihana Matuszewskiego tzw. staże, czyli intensywne 2-3 dniowe szkolenia z zakresu tych dyscyplin. Mistrz, Shihan Mohan Matuszewski znany jest z tego, że prowadzi treningu dość ostro, a techniki wykonuje realnie, zatem asystenci i ćwiczących z nim muszą dobrze uważać, żeby przeżyć wyczerpujących fizycznie trening.

Niektórzy uczniowie Shihan Mohana Matuszewskiego oficjalnie nauczają Aikido oraz Aiki-Jutsu w samej Japonii, tak są dobrzy w owych dyscyplinach, wspomaganych japońską jogą oraz technikami medytacji, także czasem metodami treningowymi zaczerpniętymi z indyjskiego Kalaripayat nauczanego wśród adeptów Bractw Himawanti. Cezary Gmyz jak widać nie sprawdził nic, nie dowiedział się niczego, ani o Antypedofilskim Bractwie Himawanti ani o innych działalnościach Mistrza Lalitamohandżi. Trzeba powiedzieć, że Kazimierz Mordaszewski, to nie tylko jakiś uczeń Shihana Mohana Matuszewskiego, co tam trochę przypadkiem poćwiczył, ale także uczeń, który sam stał się cenionym mistrzem w obronnych i militarnych dyscyplinach, których się od Mohana Matuszewskiego był wyuczył. Poznać Mistrza po robocie, w szczególności po wynikach i osiągnięciach jego uczniów, takich jak Kazimierz Mordaszewki. Nie jest także prawdą jak podaje inny chorowity na głowę demagog w Gazecie Wyborczej, Wojciech Czuchnowski, że Mordaszewki pobił Matuszewskiego na zawodach Karate, gdyż Shihan Mohan Ryszard Matuszewski nie ćwiczy Karate i nie występował na zawodach w turniejach Karate. Niektórzy dziennikarze pewnie nie odróżniają Judo (Dżudo) od Karate, a co dopiero Aikido czy Aiki-Jutsu od innych wschodnich dyscyplin sztuk walki. Kazimierz Mordaszewski wszystko co umie w dziedzinie Aiki-Jutsu czy Aikido, wyuczył się od swojego Shihana Mohana Ryszarda Matuszewskiego, acz to czy i jak inwigilował swojego mistrza, Sensei, Shihana i Shoguna Aiki-Jutsu i na konto jakiej służby jest osobną sprawą do gruntownego zbadania.

……………….

W miarę rozwoju sytuacji na pewno tu jeszcze coś dopiszę, także o psychicznej chorobie polskich mediów, w których kolejny jajogłowy psychopata bezmyślnie powtarza brednie, kłamstwa i zidiocające mózgi ludziom halucynacje, jakie uroił sobie jakiś Cezary Gmyz czy wcześniej paranoik Ryszard Nowak i Dariusz Pietrek z Chorzowa…

……………….

LINKI: 

Portal Himawanti.org 

http://www.himavanti.org/pl/c/artykularnia/cezary-gmyz-i-rzeczpospolita-funkcjonariusz-komunistycznej-sluzby-bezpieczenstwa-prl-atakuje-bractwo-himawanti-i-mohana-ryszarda-matuszewskiego

Portal Ryszard-Matuszewski.com/pl/

http://www.ryszard-matuszewski.com/pl/cezary_gmyz_i_rzeczpospolita_atakuje_bractwo_himawanti,705,,list.html

Vimalah Devi 

Reklamy

8 uwag do wpisu “Bractwo Himawanti – Walka z agresywnymi pedofilami i faszystami

  1. Takich pedofilskich zboczeńców seksualnych znieważających Bractwo Himawanti jak zenobiusz powinno się do rzeźni zawozić i jaja razem z kutasami za gwałcenie dzieci po plebaniach i redakcjach obcinać na żywca.

    • Najpierw trzeba anonimowego zboczeńca seksualnego, co nie ma ani imienia, ani nazwiska, ani twarzy ZŁAPAĆ. A to nie jest łatwe bo pedofile zwykle nie tylko są anonimowi w sieci ale i piszą przez proxy anonimizując się kompletnie.

  2. Dobrze tam, dawać o pedofilii w Kościele katolickim, bo media nic na temat prawie nie mówią w Polsce! Pomijają temat księży i biskupów gwałcących dzieci. Cenzurują internet w szkołach, żeby dzieci nie wiedziały jakie jest zagrożenie ze strony księdza czy katechety!

    A pedofilska mafia w Polsce, zwykle powiązana z prawicą nazistowsko-faszystowską na swoich debilnych stronach przepisuje te kłamstwa o Bractwie Himawanti, wyzywa was od sekty, bo dobrze czynicie i dewiację seksualnie pedofilską kleru obnażacie. A kościół cały jest zepsuty. Salezjanie na pół miliarda złotych wyłudzi z polskich banków i wszyscy muszą spłacać to złodziejstwo salezjanina Ryszarda Matkowskiego. Kościół to skrajne zło i patologia, pedofilia, homoseksualizm księży, w zakonach to uważane jest za normalne!

    Ruch My Jesteśmy Kościołem czy Hans Kung sam nie dadzą rady uporać się z kościelnymi zboczeniami i złodziejstwem duchowieństwa! Robicie dobrą robotę! Niech wam, całemu temu Bractwu Maryja i Jezus błogosławią, aby całe zło i niemoralność kleru została precz z tej ziemi usunięta, a faszyści trafili do kryminałów!

  3. Każdy kto był biskupem katolickim w Polsce za czasów PRL musiał być Tajnym Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, gdyż tylko księża o długim stażu jako dobrzy, sprawdzeni TW dostawali od rządu, ówczesnego Ministerstwa d/s Wyznań Religijnych zgodę na nominowanie do sakry biskupiej. Zatem ksiądz biskup Karol Wojtyła także musiał być TW aż do czasy, gdy został papieżem. Współpracować musiał z SB już w seminarium duchownym, bo inaczej rząd Polski nie wydałby zgody na jego biskupią nominację, gdyby nie współpracował jak należy, a od opinii Służby Bezpieczeństwa PRL zależała zgoda na nominację, bez której kościół nikogo w Polsce nie wyświęcił na biskupa dysydenta jak to ma miejsce w Chinach.

    Zatem zlustrować, wywalić z Kościoła katolickiego trzeba wszystkich biskupów wyświęconych do roku 1989, włącznie z Arcy i kardynałami oraz prałatami. To są wszystko klechy skażone bliską i serdeczną współpracą z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa. Kartoteki większości z nich, w tym Karola Wojtyły Jana Pawła II starannie czyszczono już od roku 1989 roku. Jednak skoro zasada była taka, wymagana przez prawo PRL, że to państwo decyduje kto sakrę biskupią dostaje, znaczy że cała ta czerwona hołota w sakrach biskupich, to banda Tajnych Współpracowników PRL i moskiewska agentura w Polsce.

    Dziwne, że Cezary Gmyz były eSBek co czyścił kartoteki Wojtyły i Dziwisza jak sam w SB pracował jakoś tego nie wykrył?

  4. a bo to tacy polaczkowi paparacci, żenujący poziom polskich pismaków z rzepy czy wyborczej czy faktu. Ci kurwaś pożal się boże dziennikarzyny nawet do świetszczyka nie powinni pisać! Za takie celowe szykany ci pismaki powinni dawno gnić w ciupie i tam sobie redagować co najwyżej więzienne gazetki.

  5. Dzięki Mohanowi Ryszardowi Matuszewskiemu wyrwałam się ze szponów niebezpiecznego i toksycznego kultu, z sekty zielonoświątkowców. Skaptowali mnie lata temu ci sekciarze w Bydgoszczy, ale dzięki Mohandżi wykładom zrozumiałam, że złem to jest Jezus Chrystus, bo to jego czciciele stali na czele mordów inkwizycyjnych, rzeźni ludobójstwa jakie pochłonęły pod znakiem diabolicznego krzyża z Jezusem jakieś 200 milionów ofiar. Miliony kobiet spalonych na stosach inkwizycji to dzieło wyznawców Jezusa. Nie było mi łatwo uwolnić się z demonicznych szponów chrześcijaństwa, sekty zielonoświątkowców, bo oni swoją demagogią robią z mózgu marmoladę. Jezus to rzezie i masakry, a krzyż to narzędzie ludobójczej egzekucji. Przez kult Jezusa popadłam w depresję i nawet trafiłam z tej sekty prosto do szpitala psychiatrycznego. Ale szczęśliwie trafiłam na Jogę w Bydgoszczy. Otrzymałam Łaskę Bożą, Łaskę uwolnienia ze szponów owego z gruntu krwiożerczego Jezusa ludobójcy, łaskę uwolnienia od chrześcijaństwa, czemu po wieki wieków daję świadectwo wiary! Można uwolnić się z obłąkania Jezusem Chrystusem, można wyzwolić się z diabelskiej mocy zniewolenia jaką w swoje demoniczne sidła chwytają swoje naiwne ofiary wszyscy pastorzy sekty zielonoświątkowej i sekt podobnych! Doświadczyłam tego i wiem jak to działa i chętnie innym pomogę w uwolnieniu. Coraz więcej ludzi zniewolonych i opętanych demonami Jezusa zgłasza się do mnie, nawet w Szwecji, gdzie okazjonalnie przebywam pomagając w takim uwolnieniu mojej córce, którą też opętywał ten żydowski demon Jezus Chrystus. Bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkie siostry i braci w Prawdziwej Drodze Bożej!” – mgr Anna Gierej (Kokocha), Bydgoszcz, okazjonalnie Szwecja

    • ciekawe świadectwo
      mocne słowa, ale rozumiem, że takie masz doświadczenia
      tylko troche logika kuleje 😦
      bo przypisywanie Jezusowi grzechów jego teoretycznych naśladowców tysiące lat po śmierci to trochę daleko posunięty zarzut
      przy tej logice Islam to topiero zbrodniczy kult bo Mahomet sam prowadził wyprawy wojenne i zabijał innowieców !
      Ale za to Jezusa szanował 😉 żydów także, ale ci mu tym samym nie odpłacali ;( jak to oni zresztą 😉
      dlatego proponuję zamist obrażać Jezusa skup się na realnych winnych i TYLKO ich oskarżaj
      tak jest po prostu uczciwiej i rozumniej.
      Jeśli masz coś do samego Jezusa chętnie Cię wysłucham, bo piszę książkę i tam jest miejsce na tę postać.
      A może coś przeoczyłem i umknął mi ważny rys lub fakt.

  6. What’s up all, here every one is sharing these kinds of familiarity,
    thus it’s pleasant to read this website, and I used to pay a visit this weblog daily.

    Zapraszamy na terapie dla OFIAR księży pedofilów i zakonnic pedofilek!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s